Taka sytuacja.
Na spacerze w lesie spotykają się dwa psy. Suki się nie lubią więc już z odległości właściciele łapią oba psy na smycz. Miejsca jest sporo więc mijają się łukiem jednak suki sobie grożą, ‘zabijają wzrokiem’ i w końcu jedna nie wytrzymuje napięcia i zaczyna szczekać. Druga robi to samo…
Pierwsza suka dostaje od swojego właściciela “po łbie”… W ruch idzie szarpnięcie kolczatką, ostra reprymenda głosowa… W tym momencie ten pies ma nowy PROBLEM – swojego opiekuna! Bodziec, czyli drugi pies, przestaje mieć znaczenie. Sunia ze spuszczoną głową i ogonem podąża za swoim właścicielem…
Druga suka dostaje wsparcie, wyprowadzam ją z trudnej sytuacji, pozwalam sprawdzić zapach, który zostawił drugi pies na ścieżce, podążając parę kroków w tamtym kierunku, potem blokada smyczy – rezygnacja – Koza odpuszcza – luzuję smycz – Mojra już spokojnie zbiera zapach z powietrza. Odpinam smycz, mimo że pies jeszcze blisko, ale wiem, że to już nie ma znaczenia. Kózka węszy jeszcze chwilę, markuje: znaczy moczem i intensywnie grzebie łapami kilkanaście sekund, w ten sposób pozbywa się nagromadzonego stresu. Chwalę ją naprawdę mocno, świetnie sobie poradziła! Jestem z niej dumna i ONA to wie, widzę to po jej zadowolonym pyszczku. Mojra zajmuje się swoimi “psimi sprawami” i kontynuujemy spacer, jak gdyby nigdy nic.
A tamten pies… jeszcze dłuższą chwilę niosły się po lesie odgłosy karcenia… Dlaczego my ludzie, myślimy że rozwiążemy problemy naszego psa stając się dla niego jeszcze większym problemem?!? Tak dużym, że inne rzeczy przestają mieć znaczenie?!
Nie prościej dawać psu wsparcie i budować wzajemne zaufanie, które w trudnej sytuacji pozwoli nam zarządzać psem? Prościej może nie, ale na pewno WARTO!! …nawet jak się ma w domu takiego zakapiora